Wspomnienia z Chorwacji i nie tylko.Miał to być z założenia wyjazd rodzinny (rodzice z dziećmi w wieku od 7 do 11 lat), więc został zaplanowany pod kątem dzieci. Jako środek transportu wybraliśmy samochód, dający nam największą swobodę i niezależność. Podróż została podzielona na krótsze odcinki z atrakcyjnymi przerwami.
Dziennik Podróży1 lipca 2001 – Warszawa – Zwardoń – Bratysława Wyjazd z Warszawy o 7:10. Dzień jest słoneczny i upalny. Granicę przekraczamy szybko i sprawnie w Zwardoniu ok. godz. 13:00 i wjeżdżamy do Słowacji. Przez prawie całą Słowację jedziemy w obfitym deszczu. Dopiero przed Bratysławą rozpogadza się. Jest godzina 17 więc zaczynamy szukać noclegu, a przy okazji troszkę zwiedzić miasto.
Bratysława sprawia dość przygnębiające wrażenie miasta z czasów rządów komunistycznych. Mnóstwo zamkniętych i zdewastowanych zakładów i domów, powszechna szarzyzna i zaniedbanie. Przy głównych ulicach jest trochę lepiej, ale wystarczy zapuścić się w boczne uliczki aby zauważyć, że potrzeba jeszcze dużo czasu i pieniędzy aby miasto otrząsnęło się ze śladów komunistycznych rządów. Nocujemy w domu studenckim Bratysławskiej Politechniki. Nocleg jest tani (130 SKK /osobę tj. ok.12PLN), ale warunki mocno spartańskie (w pokoju tylko piętrowe łóżka z mocno zużytymi materacami i kołdrami, rozklekotane szafki). Kuchnia, łazienka i toalety wspólne na korytarzu nie zachęcają do korzystania. Oczywiście istnieje również możliwość noclegu w hotelu lub pensjonacie w całkiem niezłych warunkach (1500 – 5000 SKK/3osoby/noc – tj. 130-450PLN).
2 lipca 2001 – Bratysława – Wiedeń – Klagenfurt – Radovljica Dom studencki opuszczamy z wielką przyjemnością ok. 8:00 i po kilku rundach po „ślimakach” (fatalne oznakowanie) wjeżdżamy na drogę do Wiednia. Bez kłopotów przekraczamy granicę i dojeżdżamy do Wiednia. Po drodze mijamy czyste, bardzo kolorowe w porównaniu z przed chwilą opuszczoną Słowacją i jakby senne małe miasteczka.
W jednym z takich miasteczek na chodniku przed przejściem pieszych przy szkole została ustawiona makieta naturalnej wielkości, uśmiechniętego policjanta. Jadąc samochodem makieta ta robi niesamowite wrażenie i niemalże automatycznie zdejmujemy nogę z pedału gazu. Efekt zwolnienia prędkości samochodu osiągnięty w przyjemny, niekonwencjonalny sposób.
Ok. 10 godziny wjeżdżamy do Wiednia, a właściwie podjeżdżamy pod Prater – wiedeńskie wesołe miasteczko. Kasia jest zachwycona. Ogląda jedną atrakcję za drugą, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać. W końcu wybiera labiryntowy tor przeszkód, zjazd kolejką wodną i Wiener Riesenrad („diabelski młyn”). Ok. południa opuszczamy Wiedeń i bardzo wygodną autostradą dojeżdżamy do Klagenfurtu. Tu zjeżdżamy z autostrady i szukamy parku Minimundus. W parku tym zgromadzone są wiernie wykonane modele słynnych budowli w skali 1:25. Można tam zobaczyć między innymi modele paryskiej wieży Eifla, nowojorską Statuę Wolności, indyjski Taj Mahal, fragment Muru Chińskiego, Katedrę Świętego Piotra w Rzymie i wiele innych zamków, budowli, łącznie ponad 170 modeli z 53 krajów. W tej kolekcji są również modele dwóch polskich budowli: Zamku Królewskiego w Warszawie oraz krakowskich Sukiennic. Więcej informacji można uzyskać pod adresem www.minimundus.at. Na zwiedzanie należy przeznaczyć minimum 2 godziny.
Z Klagenfurtu jedziemy do granicy Słoweńskiej drogą pnącą się ostrymi serpentynami do tunelu Loibl. Do tunelu wjeżdżamy w Austrii a Wyjeżdżamy już na Słowenii. Widok na dolinę, którą dalej wiedzie droga jest bardzo malowniczy lecz już wszystko pokrywa cień Alpejskiego masywu Karawanken, gdyż jesteśmy po jego południowej stronie, a dochodzi godzina 20. Zjeżdżamy w dół w stronę Bledu i już po ciemku rozbijamy namiot na bardzo sympatycznym kempingu „Kopališče” w Radovljica.
3 lipca 2001 – Radovljica - Spływ pontonemRanek wita nas pięknym słońcem. Przy kempingu jest bardzo ładny basen (wstęp dla klientów kempingu jest bezpłatny), więc przed południem idziemy pływać. W recepcji kempingu zamówiłem udział w spływie pontonem po górskiej rzece Sava Dolinka organizowanym przez Rafting Klub Ekstrem Bled. O godzinie 13:45 przyjeżdża po nas klubowy bus i zawozi wraz z innymi uczestnikami spływu na miejsce startu – mała polanka nad brzegiem rzeki z wąską ścieżką prowadzącą stromym kamienistym zejściem do wody. Jest nas 11 osób różnych narodowości - 3 Holendrów, 1 Amerykanka, 2 Węgrów, 2 Chorwatów i my - 3 Polaków. Organizatorzy wydają nam pianki neoprenowe dla ochrony przed zimnem (mimo, że temperatura powietrza jest ok.30 stopni Celsjusza i świeci ostre słońce to woda w rzece ma tylko ok. 15 stopni), kaski na głowę oraz kamizelki asekuracyjne. Jedynie obuwie uczestnicy spływu muszą mieć własne.
Po krótkiej odprawie dzielimy się na dwie załogi. Nasza załoga to trójka Holendrów i trójka Polaków oraz przewodnik. Znosimy ponton wąską ścieżką do rzeki i zajmujemy miejsca. Na prawej burcie siedzi rodzina Holendrów, na lewej my, a przewodnik na rufie. Rozpoczynamy spływ rwącą górską rzeką. Na początek, krótki trening - promowanie na drugi brzeg i powrót, a na koniec wyjście na nurt. Woda szybko porywa ponton. Sprawnie omijamy wystające z wody kamienie i huśtamy się na falach mijanych bystrzy. Co jakiś czas na większych falach woda rozbijana pontonem ochlapuje załogi wzbudzając powszechne śmiechy i okrzyki. Czas mija szybko. Podziwiamy szybko zmieniające się górskie krajobrazy. Nagle dopływamy do mostu i ... okazuje się, że to już koniec spływu. Przepłynęliśmy ok.10 kilometrowy odcinek rzeki o trudności 2-3 w sześciostopniowej skali trudności. Tu już czeka nasz brus. Przebieramy się w suche rzeczy i brus zawozi nas bezpośrednio na kemping. Kasia jest zachwycona. Nocujemy na tym samym kempingu w Radovljicy.
4 lipca 2001 – Radovljica – Triest,Włochy – Škocjanske Jame,Słowenia – Wyspa Krk, ChorwacjaOpuszczamy gościnny kemping i kierujemy się przez Lublanę do Škocjanskich Jam zespołu jaskiń krasowych wpisanych decyzją UNESCO w 1986 roku na Światową Listę Zabytków Przyrody.
Jadąc autostradą mijamy drogowskazy na Triest i Wenecję (Triest jest tylko 24 km od naszej autostrady). Postanawiamy skręcić w bok i obejrzeć Triest. Mina włoskiego celnika na wiadomość, że jedziemy obejrzeć Morze Adriatyckie z portu w Trieście i zaraz wracamy, była mocno zdziwiona. Po paru kilometrach zaczynamy zjeżdżać do Triestu. Przed nami w dole roztacza się malowniczy widok na zatokę Triesteńską Morza Adriatyckiego i położone tarasowo zabudowania Triestu.
Triest jest położony na zachodnim stoku góry, schodzącym bezpośrednio do morza. Wąskie uliczki tego miasta były wprost niewyobrażalnie zatłoczone samochodami, zarówno gęsto zaparkowanymi wzdłuż ulic jak i jadącymi jeden za drugim. Jadąc ostrożnie pomiędzy szybko manewrującymi skuterami dotarliśmy do nabrzeża, na którym zaparkowaliśmy. Zmęczeni upałem i przeciskaniem się pomiędzy samochodami nie mieliśmy ochoty na większe zwiedzanie. Oglądamy tylko nabrzeże portowe, przystań jachtową i kilka budowli portowych. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie pojechać do Wenecji, ale zostawiamy to na inny wyjazd.
Wracamy do Słowenii. Upał straszny. Mapa samochodowa w skali 1:750 000 jest niewystarczająca, a oznaczenie dróg dość nieprecyzyjne. Z pewnymi kłopotami i pomocą miejscowych trafiamy na właściwe przejście graniczne w Basovizza i jedziemy do Skocjanskich Jam.
Škocjanske Jaskinie są przepiękne i przyjemnie chłodne (ok.13 stopni). Zostały wyżłobione przez rzekę, która nadal płynie w przepięknym, głębokim wąwozie wewnątrz jaskini (można to zobaczyć). Zwiedzanie jaskini zajmuje ok. 1,5 godziny i dostarcza mnóstwo wspaniałych i emocjonujących wrażeń. Widoki zapierające dech w piersiach mogą stanowić ilustrację do powieści J.Verne‘a Wyprawa do wnętrza ziemi. Jaskinie te nie są tak mocno rozreklamowane jak znajdująca się niedaleko słynna Jaskinia Postojna (dzięki temu są mniej zatłoczone), ale wielu znawców uważa, że są znacznie ciekawsze.
Jedziemy boczną drogą w kierunku miejscowości Ribnica (przynajmniej tak się nam zdaje) by dalej już drogą główną dojechać do granicy z Chorwacją. Dojeżdżamy do rozwidlenia. Droga w prawo wiedzie troszkę pod górę i bardziej pasuje kierunkiem według mapy. Wybieramy ją. Droga którą jedziemy zwęża się coraz bardziej. W końcu wjeżdżamy w ubogie góralskie zabudowania i droga kończy się na podwórku ostatniego z domostw. Przed chałupą stoi mężczyzna w średnim wieku i goli się. Próbuję dopytać się o drogę. Z jego informacji, a przede wszystkim z gestykulacji dowiaduję się, że źle skręciliśmy na skrzyżowaniu. Wracamy do rozwidlenia i wybieramy drogę w lewo. Po kilkuset metrach jazdy sytuacja powtarza się – znów jesteśmy w zabudowaniach. Pytam o drogę jakąś gospodynię pracującą na pobliskim polu i z jej słów i gestykulacji domyślam się, że to skrzyżowanie jest kilka kilometrów wcześniej. Wracamy i teraz już bez żadnych kłopotów docieramy do granicy chorwackiej, a stąd po ok. godzinie dojeżdżamy do Rijeki. Przed nami roztacza się piękny widok na Morze Adriatyckie z widocznymi skalistymi wysepkami. Szybko mijamy Rijekę i przez bardzo malowniczy most od strony północnej wjeżdżamy na skalistą wyspę Krk. Przejeżdżamy przez całą wyspę chłonąc jakże inne i egzotyczne dla nas widoki. Ok. godziny 20 dojeżdżamy do miejscowości Baska na południowym krańcu wyspy. W jednym z wielu biur turystycznych wynajmujemy kwaterę położoną na zachodnim krańcu Baski w budynku tuż przy przystani promowej.
Baśka to małe, urocze miasteczko położone na brzegu zatoki wrzynającej się głęboko w skalistą wyspę Krk. W sezonie jest tu mnóstwo turystów i są pewne kłopoty ze znalezieniem niedrogich i położonych blisko morza kwater. Są tu również dwa kempingi: jeden bardzo duży położony na całkowicie odkrytym, gliniastym terenie na zachodnim krańcu miasta; drugi położony na zalesionym terenie na wschodnim krańcu miasta.
5 - 6 lipca 2001 - BaskaPo tej kilkudniowej podróży z wielką przyjemnością rozkoszowaliśmy się błogim lenistwem. W dzień plażowaliśmy na jednej z wielu kamienistych plaż położonych wzdłuż całego wybrzeża Baśki oraz nurkowaliśmy w niesamowicie przejrzystej i bardzo słonej wodzie. Widoczność pod wodą sięgała kilkunastu metrów, umożliwiając obserwację bardzo urozmaiconej fauny i flory. Mając maski spędzaliśmy godziny pod wodą obserwując mniejsze i większe kolorowe ryby, krewetki oraz wszędobylskie jeżowce. Kasia, która po raz pierwszy próbowała nurkować, tak się rozochociła, że było trudno wyciągnąć ją z wody. Wieczorami ożywały gwarem i muzyką malutkie kawiarenki i restauracje usytuawane jedna obok drugiej zdłuż całego wybrzeża. Można było siedzieć przy lampce wina i patrzeć na falujące kilka metrów dalej morze. Po dwóch dniach lenistwa postanowiliśmy jechać dalej.
7 lipca 2001 – Baśka – Rab – Jablanac – TribanijSkorzystaliśmy z promu odpływającego z Baśki na wyspę Rab. Po półtoragodzinnej podróży, w samo południe dotarliśmy na wyspę RAB. Po gwarnej i zatłoczonej Baśce wyspa Rab sprawiała wrażenie cichej i jakby sennej oraz wyjątkowo zielonej (okolice Baśki były skaliste i pozbawione zielonej roślinności, natomiast Rab porastały zielone drzewa i inne rośliny oraz dużo kolorowych kwiatów). Wokół rozbrzmiewały cykady. Na wyspie Rab spędziliśmy kilka godzin plażując i nurkując. Ok. 18 przepromowaliśmy się z wyspy Rab do Jablanac już na lądzie i dalszą podróż kontynuowaliśmy Adriatycką Magistralą. Jechaliśmy bardzo krętą droga mając po prawej stronie niemalże pionową skałę, po lewej przepaść kończącą się brzegiem morskim. Widoki były wprost oszałamiające. Pasażerowie chłonęli je ciężko wzdychając, ja niestety nie widziałem nic poza wijącą się nitką asfaltu. Przed zachodem słońca stanęliśmy na małym prywatnym kempingu, jakich jest wiele wzdłuż drogi. Kemping był położony tuż przy brzegu morza, na trzymetrowej skarpie, z wygodnym zejściem do wody i znajdującym się nieopodal natryskiem ze słodką wodą. Siedząc na krawędzi skarpy podziwialiśmy przepiękny zachód słońca. Nastał bardzo ciepły wieczór, nasycony aromatem rosnących dookoła ziół i krzewów.. Ułożyłem się na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem i wsłuchany było monotonny śpiew cykad, usnąłem.
8 lipca 2001 – Tribanij – Vransko JezeroNoc minęła spokojnie i dość wcześnie wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dojeżdżamy do Parku Narodowego Paklenica. Za wejściem do parku rozpoczyna się wspaniały, wąski, ale o wysokich ścianach wąwóz. Jest taki upał, że rezygnujemy ze zwiedzania parku. Z przewodnika wynika, że na przejście do schroniska i powrót potrzeba ok. 6 godzin. Jedziemy w kierunku Zadaru. Za Novigradsko More skręcamy w lewo, opuszczając Adriatycką Magistralę, jedziemy do Novigradu, bardzo malowniczo położonego nad wąską, głęboko wżynającą się w ląd zatoką, miasteczka portowego. Dalej kierujemy się w kierunku miejscowości Pridraga. Jedziemy drogą szutrową zostawiając za sobą tumany kurzu. Mijamy znak drogowy noszący ślady kul. Po chwili mijamy pole oznaczone czerwonymi tabliczkami MINE i ogrodzone czerwoną taśmą. Wokół cisza, nie widać nikogo, nie jadą żadne samochody. Robi nam się jakoś nieswojo. Rozglądając się uważnie przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów i wjeżdżamy na drogę asfaltową w Pridraga. Można odetchnąć z ulgą. Jedziemy w kierunku Biogradu. Wokół widać ślady minionych niedawno działań wojennych. Całkowicie zrujnowane lub tylko postrzelane domy już zarastają zielskiem i krzakami. Dojeżdżamy do kempingu Crkvine na jeziorem Vransko. Słodka woda w jeziorze – cóż za odmiana. Trawiasta plaża, zalesionymi niedrogi (za całość 43PLN/noc) kemping – zostajemy. Możliwość parkowania w cieniu też jest godna uwagi. W miejscowej restauracji zamawiamy na obiad półmisek mięs z rusztu na dwie osoby („plate Vrana”). Było bardzo smaczne i we trójkę najedliśmy się do syta.
9 lipca 2001 – Vransko Jezero – Brodarica k/SibelnikaJedziemy do miejscowości Skradin, w której jest wejście do Parku Narodowego Wodospady Rzeki Krka. Jest straszny upał, więc zwiedzanie przekładamy na jutro. Znajdujemy mały przydomowy kemping nad samym morzem w miejscowości Brodarica, ok.4km za Sibelnikiem i ok.18km od Skradin. Wieczorem zwiedzamy Sibelnik. Jest prześliczny. Stare Miasto jest położone na wzgórzu, na którego szczycie wznoszą się ruiny zamku. Z udostępnionej do zwiedzania wieży roztacza się wspaniały widok na położone w dole miasto, na wąską zatokę – ujście rzeki Krka oraz na wystające z morza wysepki za słaniające horyzont. Do portu, gdzie po bulwarach snują się wczasowicze, można zejść wąskimi uliczkami i schodkami, które krzyżują się w różnych kierunkach. Nie muszę dodawać, że wszystko jest nastrojowo oświetlone.
10 lipca 2001 – Park Narodowy Wodospady Rzeki KrkaW Skradin jesteśmy już o 9:45. Wyruszamy stąd statkiem (wliczony w koszt biletu wstępu) do parku. Płyniemy ok. 25 minut pod prąd rzeki Krka i wysiadamy niedaleko najniższego i jednocześnie największego z wodospadów. Stąd po drewnianych pomostach i schodkach wspinamy się do położonych wyżej wodospadów. Jest straszny upał i parno. Czuliśmy się jak w dżungli, chodząc wśród gęstej zieleni, po kładkach pod którymi płynie woda, słysząc wokół szum spadającej wody i śpiew ptaków. W miejscach widokowych mogliśmy podziwiać piętno tego cudu natury. Idąc kładkami zgodnie z oznaczeniami zatoczyliśmy dużą pętlę, by ponownie znaleźć się nad najniższym i jednocześnie największym wodospadem. I tu czekała na nas największa atrakcja – możliwość kąpieli w rzece tuż poniżej wodospadu. Było to niesamowite przeżycie. Wspaniała, ciepła, przejrzysta i słodka woda powodowała, że trudno było z niej wyjść. Dno rzeki, zbudowane ze skał wapiennych, jest tam bardzo urozmaicone; wiele dziur, skalnych wanien, nagłych uskoków i do tego dość silny prąd rzeki. Spędziliśmy tam całe popołudnie. Wracając na kemping w Brodaricy przypominamy sobie, że od rana nie widzieliśmy dmuchanego koła Kasi. W zasadzie to rano też go nie widzieliśmy. Wnioskujemy, że prawdopodobnie Kasia zapomniała go zabrać z plaży znajdującej się kilka metrów od kempingu przy drodze dojazdowej. Dojeżdżając do kempingu, spoglądam w kierunku plaży i ze zdumieniem dostrzegam zaginione koło. Okazało się, że koło przeleżało na plaży prawie 24 godziny!!! Wieczorem zaczyna trochę padać.
11 lipca 2001 – Brodarica – Plitvicke JezeraW zasadzie to już zaczynamy powrót. Wypogodziło się i świeci piękne słońce. Ostatni rzut oka na wspaniałą panoramę Sibelnika z pobliskich ruin twierdzy i jedziemy w kierunku Benkowac. Po drodze mijamy wiele śladów walk z 1993r. Wiele zrujnowanych domów zaczynają porastać już chaszcze. Przygnębiające wrażenie zrobiła na nas całkowicie wymarła miejscowość Islam Grcki. Zrujnowane i opuszczone domy, przy których kwitły jeszcze kwiaty posadzone przez ich właścicieli sprawiały naprawdę przykry widok. Niektóre miały ślady kul karabinowych na ścianach, inne dziury w dachach wybite przez moździerze, jeszcze inne ślady po pożarze, ale najbardziej raziła nieobecność gospodarzy. Wrażenie niedawnej tragedii jest spotęgowane tym, że Islam Grcki graniczy z miejscowością Islam Latinski, która jest zamieszkała! Nieopodal w przydrożnym lesie straszą oznaczone czerwoną taśmą zaminowane miejsca. Te wstrząsające ślady kontrastują z przepięknym krajobrazem płaskowyżu ze skalistym masywem Velebit w tle. W okolicach Tribanij znajdujemy „dziką” plażę. Plaża jest dzika, gdyż właściciele dużego domu, prawdopodobnie pensjonatu, opuścili go pośpiechu kilka lat temu. Powyrywane drzwi i okna oraz ogólne zaniedbanie terenu z trudem ukrywają dawną jego świetność. Plażujemy i kąpiemy się w Adriatyku po raz ostatni w tym roku. Późnym popołudniem ruszamy dalej Adriatycką magistralą. W Karlobagu skręcamy w prawo w kierunku Parku narodowego Plitvicke Jezera. Musimy pokonać zagradzający nam drogę masyw Velebit. Od poziomu morza krętymi serpentynami wspinamy się na przełęcz 920m n.p.m. Na ostrych zakrętach widać zostający coraz niżej skalisty brzeg Adriatyku. Do znakomicie oznaczonego kempingu „Korana”, 8 km od Plitwickich Jezior docieramy ok. 22.
12 lipca 2001 – Plitvicke JezeraBudzą nas krople deszczu rozbijające się o tropik namiotu. Jest godzina 7:00. Na szczęście deszcz ustaje ok.8, ale jest pochmurno i chłodno. Ok. 9:30 rozpoczynamy zwiedzanie Plitwickich Jezior. Że są przepiękne, i że warto je zobaczyć, nie muszę nikogo przekonywać. Zwiedzanie zajmuje nam ok. 6 godzin. Park jest wspaniały i każdy, kto się wybiera do Chorwacji powinien go konieczne zobaczyć (jak i oglądane wcześniej Wodospady Rzeki Krka).
13 lipca 2001 – Plitvicke Jezera – Polska Ok. 10:15 rozpoczynamy definitywny powrót. Dzień jest słoneczny i ciepły. Nie ma śladu po wczorajszym chłodzie. Jedziemy przez Kralovac w kierunku Mariboru. Do Słowenii wjeżdżamy ok. 13. Przy autostradzie widzimy reklamę basenów w Ptuj. W ostatniej chwili decydujemy się skręcić do Ptuj i wykąpać się. Baseny, a właściwie cały kompleks wypoczynkowo rekreacyjny okazał się rewelacyjny. Na kompleks składały się trzy baseny: 1 – z ciepłą wodą, dwoma zjeżdżalniami, jacuzzi i brodzikiem dla maluchów, 2- z zimną wodą pełno wymiarowy, z torami do pływania oraz skocznią 2 i 5 metrową i 3 – również z ciepłą wodą, pochyłym dnem i generatorem fal o wysokości o 1m. Ekstra! Poza tym na dość rozległym trawiastym terenie znajdowały się rożne boiska, huśtawki i karuzele dla maluchów, mała gastronomia i wiele innych atrakcji. My za .85.PLN kupiliśmy bilety wstępu na basen z obiadem. Po zakończeniu plażowania zjedliśmy w basenowej restauracji pyszny obiadek i pokrzepieni ruszyliśmy do Polski. Jechaliśmy prze Maribor, Graz, Wiedeń, Bratysławę. Granicę Polski przekroczyliśmy w Zwardoniu o północy. I tak zakończyliśmy naszą wakacyjną wyprawę.
Podsumowanie i uwagi- Na trzy osobową rodzinę na 14 dni wydaliśmy łącznie ok. 3600 PLN, w tym przejazd ok.3500km z opłatami za autostrady: 890 PLN
- Promy: 150 PLN
- Noclegi: 840 PLN
- Wyżywienie (łącznie z tym, które zabraliśmy z Polski) 730 PLN
- Bilety wstępu: 750 PLN
- Inne: 240 PLN
Prawie wszędzie można płacić kartami płatniczymi, których najlepiej mieć kilka. Najczęściej honorowane są Maestro, Visa i Master. Poza tym wszędzie można płacić markami niemieckimi, ale raczej po niekorzystnym kursie. Zwiedzanie ciekawych miejsc najlepiej rozpocząć wcześnie rano, jest wtedy chłodniej i co najważniejsze dużo miniej ludzi.