
Lipiec w Tatrach znów nas nie zawiódł – leje już kolejny dzień. Coraz śmielej zaczynamy myśleć o Beli. Jeżeli jeszcze trochę poleje, to nasze plany będą się mogły wreszcie zmaterializować. Mamy już dość Dunajca, gdzie pływamy codziennie zachęcając do wypróbowania nowej mokrej dyscypliny w Polsce.
Z grupą wypróbowanych w bojach przyjaciół wyruszamy na Słowację. Wybieramy najgłębszy odcinek Beli od Kokawskiego Mostu do Pribyliny. Niestety wody nie ma aż tyle ile się spodziewaliśmy, powód: w Tatrach spadł śnieg i nie zdążył jeszcze stopnieć.
Ubieramy na siebie neopreny i „żyletki”, mocujemy płetwy jaskiniowym sposobem – nie mogą spaść z nóg, traci się wtedy możliwość sterowania deską. Wchodzimy do wody, jej lodowate zimno uświadamia mi, że nie wzięłam rękawiczek. W Dunajcu jest ciepła woda ogrzana wcześniej w zbiorniku zapory Czorsztyńskiej, a woda w Beli wypływa z samego serca Tatr i ma ok. 4 stopni, ale jest za to krystalicznie przejrzysta, tak że cały czas można obserwować dno usiane kamieniami.
Na moście w lesie stoją ludzie i obserwują nasze działania. Kładę się na desce i od razu zaczyna się slalom między kamieniami. Widząc przed sobą obserwatorów myślę: „Żeby się tylko nie wyp...”. Agata nie opływana jeszcze w tym roku, wpada na kamień i spada z deski. Przez chwilę dryfuje obok, ale radzi sobie sama i przy pomocy zgrabnej eskimoski stabilizuje swoją pozycję.
Prąd wody jest tak silny, że wyrywa mi deskę z rąk. Muszę trzymać uchwyty jak najniżej, wtedy czuję większą stabilność, ale zanurzone w lodowatej wodzie dłonie robią się czerwone i tracę w nich czucie. Nareszcie wpływamy na spokojniejszy odcinek i ustami mogę ogrzać dłonie tak, że zaczyna wracać w nich krążenie.
Patrzymy po sobie i wiemy, że to jest to! Fan, po który specjalnie przyjechaliśmy. Rzeka jest wspaniała. Niezwykle urozmaicona, jej stromy spad gwarantuje dużo zabawy na wysokich falach, deska podjeżdża do góry, a potem wraz nią spadam głową w dół w białą kipiel. Są też odcinki bardzo męczące, to płycizny, deska szoruje po dnie i z trudem posuwamy się do przodu. Miejscami jest tak płytko, że skuteczny jest tylko ruch robaczkowy: prostuję przed sobą ręce i uginam łokcie wciągając się na deskę, prostuję i... Pomimo tego prąd nadal jest bardzo silny i nie można puścić deski ani na chwilę. Obserwuję rzekę i płynących przede mną, muszę wiedzieć gdzie jest najgłębszy i najszybszy nurt. Kamienie wyrastają niespodziewanie tuż pod powierzchnią wody. Kiedy obrywam deską w zęby neoprenowa podkładka przyklejona specjalnie w tym miejscu amortyzuje uderzenie.
Kamienie.
Stale trzeba na nie uważać, jeden moment nieuwagi spowodowany zabawą na falach, a już za moment obrywam po kolanie. Paraliżujący na kilka sekund ból w nodze i postanowienie, że już się nie dam zaskoczyć.
Rzeka ma dla nas wiele niespodzianek: po lewej stronie łupkowy, stromy, wysoki na kilka metrów brzeg, kolor wody robi się modry. Na tym odcinku leży wiele zwalonych drzew, to prawdziwe niebezpieczeństwo. Noga wpada mi pod konar, a prąd wody klinuje ją coraz mocniej. Do tego łapie mnie skurcz. Zbieram wszystkie siły i wyszarpuję nogę. Przede mną kolejne zwalone drzewo. Nie decyduję się przepłynąć pod pniem, lecz opływam jego koronę na zewnątrz. Czekam na Agatę, żeby w razie czego jej pomóc. Już jest, wyskakuje zza zakrętu i widzę jak dryfując w bystrzu, oczy robią się jej okrągłe. W ostatniej chwili zmienia manewr i próbuje też opłynąć drzewo. Ale jest za późno. Prąd wpycha ją w sam środek korony drzewa. Na chwilę znika pod wodą i uwięziona w cienkich zielonych gałązkach szarpie się nie mogąc się oswobodzić. Pękam ze śmiechu, tak komicznie to wygląda.
Do samego końca rzeka dawała nam wiele radości, kiedy rozpędzeni w głównym nurcie wypadaliśmy zza zakrętu i skakaliśmy na falach jeszcze przez kilkanaście metrów. Kulminacją spływu okazał się slap, z którego nie odmówiliśmy sobie skoczyć kilka razy. Lot głową w białą kipiel ukoronował wszystkie trudy tej trzygodzinnej przygody.
Jesteśmy bardzo zadowoleni i głodni. Po takiej dawce adrenaliny i wysiłku herbata smakuje jak nektar, a baton Lion wydaje się być ambrozją.