Na Węgrzech byliśmy w ostatnim tygodniu września 2001 roku. A dokładnie od 22 do 27 września (zobacz pieczątki straży granicznej). Jak na tę porę roku pogoda była świetna. Z racji tego, że do Budapesztu przybyliśmy późną nocą, nie mieliśmy możliwości znalezienia noclegu. Postanowiliśmy więc wyruszyć na południe - do
Peczu... Niestety pomyliliśy dworce kolejowe (te ich dziwne z początku nazwy) i wylądowaliśmy około 1 po północy na dworcu (palyaudvar) Budapest Deli, który szybko zamknięto, więc noc spędziliśmy na ławeczce w parku. Później było już znacznie pomyślniej.
TransportOgólnie wycieczka minęła pod hasłem POCIĄG. Pierwszy krok to podróż z Gdańska do Warszawy następnie do Katowic, Zwardonia, Čadcy (Słowacja), Žiliny (Słowacja) i Bratysławy. Chcieliśmy, bardzo chcieliśmy zatrzymać się na jeden dzień w Bratysławie, ale nie było żadnych otwartych schronisk młodzieżowych (porażka: wszystko czynne tylko do końca sierpnia). Kupiliśmy więc bilet z Bratysławy do Budapesztu i z powrotem - i tego samego dnia wyjechaliśmy na Węgry.
Po Węgrzech również podróżowaliśmy koleją, a w Budapeszcie "spróbowaliśmy" ich lokalnych specjalności (metro, autobus, tramwaj, trolejbus). Droga powrotna wyglądała bardzo podobnie. Dokumentacja zdjęciowa biletów w dziale "dowody".
Spanie, picie, jedzenieSpaliśmy w schroniskach młodzieżowych. W Peczu był to akademik natomiast w Budapeszcie schronisko BestHostel. Mogę tu podać taką ciekawostkę, że na Węgrzech, podobnie jak na całym świecie, nie jest popularna nasza karta EURO<26 (zapomnijcie o zniżkach). Natomiast powszechnie honorowane są karty ISEC (ponoć 50% zniżki na kolej). W schroniskach honorują również karty PTSM.
W Budapeszcie śniadania mieliśmy w schronisku (included) - natomiast obiady jedliśmy na mieście. Ogólnie
kuchnia węgierska jest świetna. Nie zaliczylibyśmy Węgier gdybyśmy nie spróbowali małej, surowej, węgierskiej papryczki. Polecam każdemu - przez kilkanaście minut odczuwa się niesamowite pieczenie ust (nie pomaga przyjmowanie płynów :) Na rękach i na twarzy pozostaje niewidoczna papryka, która po zetknięciu z okiem tudzież nosem wywołuje dalsze cierpienia (nie pomaga tu nawet płukanie kończyn górnych pod bieżącą wodą). No, ale na Węgrzech nie tylko się je...
Piwo ?Niekoniecznie! Tam o wiele bardziej popularne i tanie jest wino. W wolnych chwilach spożywaliśmy więc częściej czerwoną ciecz zwaną przez miejscową ludność: "bor".